Poprzedni temat «» Następny temat
R.U.N.
Autor Wiadomość
Esq 



Dołączył: 15 Lip 2009
Posty: 158
Skąd: Gdańsk
Wysłany: 2010-10-15, 20:48   R.U.N.

Jest tego znacznie więcej :-)



Stoimy sobie na ulicy obok jakiegoś supersamu, my to znaczy ja i Knykieć, i patrzymy na panoramę zniszczonego miasta. Piękny widok się roztacza, wszędzie ruiny budynków. Knykieć jak zawsze ma te swoje teorie spiskowe, że to niby nie Ruscy a Amerykańcy są odpowiedzialni za nasz mały, globalny holokauścik. Łeb mnie już zaczyna boleć, kiedy go widzę, jeszcze nie otworzy tej swojej paszczęki a ja już wiem, że on chce palnąć coś głupiego. Czasami zaczynam myśleć, że on jest szpiegiem z Nowego Radziwijska. Nie wiem, co mnie z nim trzyma. No dobra wiem, kiedyś uratował mi dupę jak byłem jeszcze zielony w tym wszystkim . Co prawda teraz trochę urosłem, ale smród moich błędów nadal pozostał. Co zrobił Knykieć? A nic takiego szczególnego. Kiedyś, gdy jeszcze trudniłem się pracą konwojenta. Kiedy jechaliśmy do Młodej Warszawki przez przypadek usiadłem na minie przeciwpiechotnej. Oczywiście, wszyscy od razu zaczęli sobie robić ze mnie istną polewę. A ja sobie tak siedzę i pocę się ze strachu myśląc o tym, kiedy wróci im rozum do głowy i rozbroją to ustrojstwo. A ci cały czas banany na tych swoich małpich mordach. Słyszałem ich śmiechy długo po tym jak mnie zostawili. Co ja biedny miałem zrobić? Siedzę sobie tak z sześć godzin i myślę, że już po mnie. Nie wrócą. Pili ze mną od lat, a teraz zostawili dla sępów. Dupa mi już zdrętwiała niemiłosiernie, wilka dostałem. Pomodliłem się już do wszystkich bogów i świętych, jakich tylko znałem. A nawet ułożyłem kilka modlitw do Świętego Mikołaja oraz Dziadka Mroza, żeby tylko zyskać na czasie. To wszystko na nic. Już chcę wstawać, gdy nagle widzę, coś majaczy na horyzoncie. Jakaś sylwetka zbliża się do mnie. Może to Armia Ludowa? Jeżeli tak to wcielą mnie do tego swojego magicznego wojska i będę bronił kochanej Polski w imię Komuchów. Człowieczek coraz bardziej zbliżał się do mnie, twarzy jego za nic nie mogłem rozpoznać, ponieważ zasłaniała ją czarna chusta, ogólnie to ten dziwny jegomość ubrany był w szare szmaty. W coś, w czym ja nigdy bym się na ulicy nie pokazał. U lewego ramienia zwisała mu torba podróżna, do prawego miał przytoczoną broń. Chyba mnie zauważył, bo machał. Co miałem zrobić? Odmachałem do niego może sprowadzi pomoc? Obcy pośpieszył do mnie był już w odległości stu metrów. Rozróżniałem jego broń, stary dobry Garand. Krzyknąłem do niego „Pomocy”. Zatrzymał się jakieś pięć kroków ode mnie i się gapił na to, na czym siedzę. Patrzyłem na jego twarz z błagalnym wyrazem. Tak jak pies patrzący na swojego pana, gdy ten ma kiełbasę w łapie. Obcy spojrzał mi się w oczy, po czym doszedł do mnie przytłumiony tkaniną zachrypnięty głos.
-Jaja sobie robisz?- To pytanie kompletnie zbiło mnie z tropu, chciałem odpowiedzieć żeby rozbroił to cholerstwo a nie pytał się mnie czy zbiera mi się na żarty, ale głos uwiązł mi w gardle i tylko pomachałem przecząco głową. –Ty naprawdę jesteś takim idiotą, że nie rozróżniasz atrapy od ładunku wybuchowego?.- Kolejne pytanie wywołało w mojej głowie istną burzę pytań. Kto? Jak? Dlaczego? Obcy podał mi rękę, którą zachłannie chwyciłem wiedząc, że moja skamieniała dupa nie podniesie się sama z siebie. Zakapturzony zaczął odwijać chustę z, pod której wyłoniła się poparzona twarz. Nie było na niej ani grama włosia. „Biedak” pomyślałem wtedy, koniec świata nie dla wszystkich był taki sam. Obcy uśmiechnął się widząc rysujący się na mojej twarzy obraz zakłopotania, odrazy i zdziwienia.
-Knykieć jestem, były saper, tydzień temu rzuciłem robotę po tym jak piecyk gazowy pozbawił mnie włosów.-

Odtąd z Knykciem podrużujemy przez Rzeczpospolitą. Zawsze razem, zawsze nierozłączni.
Właśnie dopijam swojego browara siedząc na barierce sklepowej. Obok stoi Knykieć i próbuje nauczyć się liczenia kart z jakiejś przedwojennej książki. Niebo w górze jak zawsze jest przesłonięte pyłem niewiadomego pochodzenia. Od kilku lat temperatura zmienia się na gorsze. Nikt już nie biega w krótkich spodenkach i w hawajskiej koszulce. Oglądam sobie panoramę miasteczka, wyszukując naszego nowego noclegu, przynajmniej na tą noc. mieścina jest dość okazała. Nie lubię takich miejsc. Pełno w nich niebezpieczeństw. Na razie nanoszę na mapę trzy punkty orientacyjne. Bibliotekę dosyć dobrze widoczną ze wzgórza. Stacje paliw przy wschodnim wjeździe. Oraz zrujnowany hotel niedaleko centrum. czuję, że ktoś staje obok mnie. Knykieć kończy się uczyć, a zaczyna ogarniać teren przez lornetkę.
- Widzę ruch niedaleko urzędu miejskiego- Rzuca od niechcenia. Też to widzę. Trzech typków uzbrojonych w broń krótką kręci się przy wejściu. Pewnie okoliczny gang myślę sobie. Czas nas nagli nie możemy się nim przejmować, póki nie wejdą nam w drogę to będą żyli. Odkładam swoją lornetkę do plecaka i chwytam za pepeszę leżącą u mych stóp. Knykieć wyjmuje ruski termometr. Jeszcze dwadzieścia stopni nam zostało. Odwracamy się i suniemy powoli w kierunku supersamu. Wraki samochodów, przewrócone koszyki, szkielety, to wszystko co zostało z tego centrum handlowego. Wybite okna są informacją, że w środku już ktoś był. Pokazuje Knykciowi lufą od pepeszki drzwi frontowe. Otwiera. Ja jak to zwykle bywa ubezpieczam go z tyłu. Już na wstępie wita nas odór zgniłego mięsa. W sklepie jest tak ciemno, że czubka nosa nie widać. Podpalam pochodnie, którą kilka dni wcześniej własnoręcznie robiłem w piwnicy jakiegoś zatęchłego zajazdu pośrodku niczego. Zapach terpentyny zagłusza częściowo smród zgnilizny oraz przypomina mi o potrzebie znalezienia jakiś leków. Knykieć pierwsze co, to leci do kas szukać papierosów. Ja przeszukuje dział z alkoholami, niestety ktoś zwędził nam z przed nosa najlepsze kąski. Idziemy do działu z puszkami. Przewrócone półki sklepowe oraz masa trupów na ziemi jest jak informator o tym, co się tu wydarzyło. Przeszukując działy z żywnością znajdujemy parę puszek z turystyczną oraz kilkanaście z fasolą czerwoną. Będziemy mieli dzisiaj nie lada posiłek. Zapasy krajowe szybko się kończą, tak niestety bywa przy kataklizmie tej skali. Knykieć wsadza do torby jakieś lekarstwa o nie wiadomej dacie przydatności ja w tym momencie szukam w dziale z elektroniką jakiś baterii czy chociażby latarki. Na nic, sam został ogołocony. Mamy już wychodzić, gdy nagle Knykieć chwyta mnie za ramię, mówi bym stanął. Z dala słychać odgłos silnika. Dźwięk zdaje się narastać, coraz bliżej i bliżej. Patrzymy na siebie przez chwilę, po czym chwytamy torby i puszczamy się biegiem do wyjścia. Czujemy się jak szczury w potrzasku, co jest raczej częstym uczuciem w dzisiejszych czasach. Przeskakuje najbliższy wózek sklepowy. Kości szkieletów chrzęszczą mi pod nogami. Za sobą słyszę zduszony jęk. To Knykieć potyka się o coś. Pochodnia wylatuje mu z ręki. Puszki sypią się po podłodze. Szybko je zbiera. W tym samym momencie zajmuje się ogniem najbliższa półka z jakimiś drewnianymi przedmiotami kuchennymi. Macham do niego żeby się pośpieszył. Chcę się do niego wrócić, ale targają mną mieszane uczucia. Wolałbym uciekać. W naszych czasach nie ma bohaterów, są tylko ci, co zginęli podczas wybuchu, i ci, którzy jeszcze umierają. Dobra nasza Knykieć poradził sobie z torbami. Wyskakujemy przez okna. Hałas silnika jest już tak silny, że nie słyszę własnych myśli. Rozglądam się. Nigdzie nie widać pojazdu, który byłby odpowiedzialny za te piekielne odgłosy. Czyżby Armia Ludowa znów wymyśliła jakieś cholerstwo, które by miało oczyścić świat z nas? Patriotów? Nagle coś uderza mnie w prawe ramie, kilka sekund później podmuch wiatru zwala mnie z nóg. Upadam. Ledwo utrzymuję trzeźwość umysłu. Od razu odwracam się na plecy by zobaczyć, kto mnie zaatakował. Kątem oka widzę samolot odbijający się od super sama i lecący dalej w miasteczko. Obok mnie leży Knykieć. Próbuje go ocucić. Cholernie zimno się zrobiło w tym czasie. Trzeba się śpieszyć. Biorę go pod ramię i idziemy. Powoli, ale stanowczo. Trzeba dojść do wraku, który wbił się w południową ścianę biblioteki. Opuszczamy teren zrujnowanego sklepu. Knykieć może już iść sam, więc go puszczam. Nie jestem pedałem żeby go przytulać więcej niż to potrzebne. Schodzimy ze wzniesienia. Jesteśmy coraz niżej. W powietrzu czuć zapach palonego tworzywa. A na północy widać dym. Musimy się spieszyć. Jeżeli to wojskowy pojazd to możemy spodziewać się gości. Wchodząc między budynki widać tablice informującą, że jesteśmy w młodej Warszawie. Jeszcze niedawno była tu masa ocalałych, a potem Armia Ludowa postanowiła spacyfikować teren. Jak zawsze mijamy ruiny budynków, wraki samochodów i porozrzucane kości. Ot taka miejska rutyna. Robi się coraz ciemniej i coraz chłodniej. Zatrzymujemy się na chwilę. Knykieć wyjmuję z apteczki dwie strzykawki z dziwnym płynem koloru ropy w środku. Specyfik ten potrafi na niedługi okres czasu podnieść temperaturę oraz wydolność ciała. Musimy być bardzo ostrożni. Przemykamy cichaczem od budynku do budynku, od zakrętu do zakrętu. W nadziej na pozostanie niezauważonym. Minęliśmy już stacje paliw oraz hotel. Na razie idzie dobrze, zbyt dobrze. Zapach robi się coraz bardziej przykry. Sięgam do torby po butelkę z oczyszczoną wodą, po czym wylewam jej zawartość na dwie szmaty. Jest to bardzo duży koszt, ta woda mogła się nam przydać. Zawiązujemy szmaty wokół ust i idziemy dalej. Jest, wreszcie coś ciekawego. Dotarliśmy pod bibliotekę. Wrak stoi, nawet pali się jeszcze. Obok niego jest trzech zbirów. Przyglądają się tym swoim maślanym wzrokiem w ogień. Jakby nie wiedzieli, że po tym się dużo sika. Pepeszka nawet nie wiem jak trafiła w moje ręce. Knykieć odbezpieczył garanda. Odgłos strzału. Pierwszy z tych złych chwycił się za pierś i upadł ze wzrokiem skierowanym w niebo, jakby szukając tam pocieszenia. Teraz moja kolej wychyliłem się zza jakiegoś wraku i otwieram ogień. Seria idzie po nogach. Szybko się chowam, słysząc jęk. Dobrze, został ostatni. Kilka niecelnych strzałów leci w moją stronę niczym ślepcy szukający tego smarkacza co to w nich kamieniami rzuca. Jeden zarysował karoserię samochodu, dwa inne wybiły szybę w salonie fryzjerskim po drugiej stronie ulicy. Albo jest pijany, albo tak przestraszony, że nie potrafi przy celować. Tylko gdzie jest Knykieć, powinien już załatwić sprawę. Czekam i czekam, a tu nic. Wreszcie ktoś krzyczy znajomym zachrypniętym głosem, żebym wyszedł zza samochodu, co też robię. Na ulicy leżą trzy ciała. Jedno nadal się rusza. Knykieć stoi nad nim ostrząc nóż o osełkę. Odwracam wzrok w kierunku wraku. Nucąc piosenkę z czterech pancernych zagłuszam wrzaski ofiary. Kiedy te ustąpiły podchodzi do mnie ten sadysta. Cały ubabrany krwią. Patrzymy przez chwilę na dogasający ogień. Widzę znak sierpa i młota na jednym ze skrzydeł leżącym niedaleko. Przestrzeliwuję drzwi. Wchodzimy do środka czując zapach spalenizny. Dobrze jest, to samolot zaopatrzeniowy. Słyszę ciche jęki dobiegające z kabiny pilotów. Idę tam zanim Knykieć je usłyszy. Na szczęście jest zajęty chowaniem do torby palców swoich ofiar. Pojeb. Jeden z pilotów żyje. Wyjmuje zza pasa Glocka i przykładam mu go do skroni. Jeden strzał i mamy kolejnego trupa. Mój partner krzyczy żebym przybiegł do niego. Wchodzę do luku bagażowego. Knykieć wyjmuje z jednej ze skrzyń jakieś ubrania. W drugiej jest amunicja do wyrzutni rakiet. Jest tego znacznie więcej. Szkoda, że nie mamy szampana przydałby się teraz. Cieszymy się jak małe dzieci, gdy nagle słyszę coś po Rusku dobiegającego z zewnątrz. Knykieć przeklinając odkłada znaleźną broń. Czyżby rutyna miała nas zabić? Jeden z nas powinien pozostać na zewnątrz, na czatach. Za gapowe się płaci. Wychodzimy z rękami w górze otacza nas wojsko Rosyjskie. Co z nami będzie?
 
 
Over 



Dołączył: 24 Lut 2009
Posty: 27133
Skąd: z Górnego Śląska
Wysłany: 2010-10-15, 22:29   

Ciekawe :-D trochę trudno się czyta w całości. Może by dzielić po kilka zdań, będzie łatwiejsze i wygodniejsze do czytania.

Myślę że będzie ciąg dalszy :?:
_________________
- Jak nie możesz przyjść do siebie, to przyjdź do nas ^^
 
 
Esq 



Dołączył: 15 Lip 2009
Posty: 158
Skąd: Gdańsk
Wysłany: 2010-10-15, 22:47   

+ 7 dni

Siedzimy z Knykciem w jakimiś małym ciemnym pokoiku i czekamy. Czekamy tak od kilku godzin z pustymi żołądkami, ubrani wyłącznie w pasiaki. Jedynym źródłem światła jest zakratowane okno. W głowie wiją mi się złe przeczucia, ale cóż od czasu katastrofy mam same złe przeczucia. Dlaczego nas nie zabili na miejscu? Słyszę kroki, przez szparę w drzwiach zaczęło się sączyć światło. Ktoś odsuwa ciężkie zasuwy. Klamka się ugina pod naciskiem. Patrzę na Knykcia, siedzi w swoim kącie i coś majaczy do siebie. Może się modli? Przez dziurę w ścianie weszło trzech typków. Dwóch szczupłych ubranych w oliwkowe mundury i jeden gruby z wąsem. Tłuścioch musi być jakimś szefem ponieważ ubrany jest w mundur wyjściowy, i jakoś źle mu się z oczu patrzy. Ostatkiem sił próbuję wstać. Nogi mi się trzęsą. Boję się śmierci. Knykieć podpiera się o moje ramię i już razem stoimy jak te dwa słupy soli w kopalni. Grubas wykrzywia usta w grymasie, który może przywodzić na myśl uśmiech, ukazując tym samym brak pełnego uzębienia w górnej części szczęki. Jego ludzie po chwili wychodzą. Jeden z nich przynosi stołek, na którym oficer siada. Patrzę jak wyjmuję sobie chusteczkę z kieszeni. Widzę jak ociera nią sobie twarz z potu. W celi było lodowato, ale jak widać nie dla niego. Komuch powoli, lecz bardzo szczegółowo wyjaśnia nam naszą sytuację. Jesteśmy skazani na śmierć za zestrzelenie transportowca wojskowego i próbę przywłaszczenia sobie zasobów narodowych. Kątem oka widzę jak Knykieć porusza ustami w niemej prośbie, patrząc się z szeroko otwartymi oczami na radzieckiego oficera. Wyrok miałby zostać wykonany jutro nad ranem na rynku głównym, tak żeby wszyscy doskonale widzieli co czeka wrogów Armii Ludowej. Na szczęście Komuch też człowiek i po chwili zaczyna przechodzić z tematu kija do tematu marchewki. Mówiąc, że przydalibyśmy się odbudowywanej Polsce. „Zestrzelić samolot to nie lada wyczyn.” Mamrocze pod nosem, z tym swoim dziwnym akcentem. Wiem, że musimy się zgodzić. Knykieć na pewno się zgodzi, a ja pójdę za nim. Nie z powodu wierności, ale z powodu mojego tchórzostwa.
Wieczorem jest już po wszystkim. wychodzimy z budynku partii prosto na pustą ulicę skąpaną w blasku zachodzącego słońca. Miasto jest prawie nienaruszone przez bomby. Nie wiem gdzie jesteśmy ale to raczej nie są okolice Młodej Warszawki. Zabrali nam wszystkie nasze rzeczy. Trzymam w kieszeni adres lokum przydzielonego nam na czas integracji z otoczeniem. Idziemy przed siebię. Lampy powoli się zapalają. Aż dziwne, że miasto posiada własną elektrownie. Dochodzimy do wyznaczonego budynku. Stara ,trzypiętrowa kamienica wygląda na bardzo solidną, a w dodatku ciepłą. Uderzam z całych sił trzy razy dłonią w drzwi. Nasłuchując przy tym zbliżających się kroków. Knykieć stoi obok mnie bez przerwy lustrując adres budynku. Tak jakby nie wierzył w moją nieomylność. Słyszę kroki. Drzwi uchylają się powoli. Stoi za nimi starsza przygarbiona babka. Ostrożnie, żeby nie spłoszyć kobieciny wyjaśniam jej naszą sytuację. Kobieta niechętnie ale nas wpuszcza. Dostajemy pokój na samej górze. Pomieszczenie jest małe, ale przytulne. Może nas spokojnie pomieścić. Są dwie rozkładane wersalki. I jakiś stolik. Toaleta jest na korytarzu. Oznajmiam Knykciowi, że idę spać. Nie muszę się rozbierać. Po co?
Rano budzi mnie hałas na zewnątrz. Nie wyspałem się, te łóżka są zbyt miękkie. Nigdzie nie ma Knykcia, za to na stoliku leży koperta. Mam się zgłosić do budynku partii po rozkazy. Ziewając schodzę po schodach na sam dół, tam już czeka na mnie pani gospodarz. Daje mi jakiś pakuneczek i zaprasza do swojego mieszkania. Jest dwa razy większe niż nasze. Wszędzie są przedwojenne bzdety niepotrzebne prawdziwemu podróżnikowi. Wchodzę za nią do kuchni gdzie na stole leżą kanapki z konserwą. Lepiej być nie mogło, dawno nie jadłem chleba. W pakunku jest jakiś mundur oraz tysiąc rubli. Zakładając ciężkie desanty zauważam, że nawet dobrze wyglądam w mundurze. Druga młodość mi się trafiła. Szczęśliwy z nowego życia, żegnam się z gospodynią i ruszam po pierwsze rozkazy. Główna ulica tym razem tętni życiem. Kobiety, Mężczyźni i dzieci. Wszystko to takie szczęśliwe, ubrane w najróżniejsze kolory, tak jakby nie byli świadomi tego co się dzieje na zewnątrz. Z Budynków po obu stronach, w oknach widać polskie flagi z narysowaną na nich czerwoną gwiazdą. Nie niepokoi mnie to zbytnio. Póki jest dobrze, mogę robić nawet za murzyna. Wchodzę do budynku partii. Już na wstępie mój wzrok przykuwa młoda blond sekretarka siedząca za biurkiem i uśmiechająca się do mnie. Odwzajemniam jej ten uśmiech, podchodząc blisko. Dziewczyna opisuje mi drogę do gabinetu Towarzysza Majora Zimnego. A po krótkiej wymianie zdań zgadza się oprowadzić mnie po mieście, gdy już skończy pracę. Idąc w górę po schodach do gabinetu mojego zwierzchnika, myślę o dzisiejszym spotkaniu. Może to być najbardziej upalna noc w tym stuleciu. Rozmyślając tak, uderzam ramieniem jakiegoś urzędasa. Wszystkie dokumenty jakie trzymał w tych swoich kruchych dłoniach, uderzają o ziemię. Okulary spadają mu z nosa. Stoi tak lustrując mnie wzrokiem i czekając na coś. Patrzę się w jego szczurze oczy chyba przez pięć minut. Gdybym miał teraz swój nóż. Poszerzył bym mu uśmiech. Niestety nie mam go, więc tylko ograniczam się do „spierdalaj”. Odchodząc słyszę jeszcze jego ruskie przekleństwa. Na szczęście nie rozumiem ich, bo inaczej byśmy inaczej gadali. Wreszcie jestem u celu mojej podróży. Pukam parę razy w drzwi i powoli je otwieram. Pokój jest cały w obrazach jakiś komuchów. Epicentrum pomieszczenia stanowi biurko za którym siedzi tłuścioch. Gestem dłoni wskazuje mi krzesło, na którym kładę swoje cztery litery . Nasza rozmowa kwalifikacyjna. Przebiega bez żadnych zgrzytów. dziwi mnie tylko jedno pytanie. Major interesuje się jakimś R.U.N. . Nie wiem o co mu chodzi. Więc szybko zbywa mnie skinieniem dłoni. Nazajutrz mam zgłosić się do sierżanta Aleksandrowicza na przeszkolenie. Wychodząc z budynku jeszcze raz uśmiecham się do blondynki.
Siedzę w pokoju, Knykcia nie widzę już chyba od rana, zaczynam się denerwować. A co jeżeli coś mu się stało? Nie ważne, jeśli zginął to przynajmniej nie będę musiał już więcej po nim sprzątać. Jak nie wróci do jutra to przygarnę jego rzeczy.
Już niedługo spotkam się z tą laską, z partii. Jak ona ma na imię? A tak Natasza. Heh, będę się dzisiejszej nocy integrował z tubylcami. Godzina zero się zbliża. Lekko podenerwowany patrzę na zegarek zakupiony dzisiaj po południu w jakimś sklepie z antykami. Urządzenie idealnie się komponuje z moim mundurem. „Jeszcze pięć minut do wyjścia.” Odliczam w głowie. Nie wytrzymam muszę się z nią spotkać.
Idę główną ulicą ubrany najlepszy korzuch jaki kiedykolwiek znalazłem. Robi się zimno, bardzo zimno. Mijam pozamykane sklepy z odzieżą oraz meblami, są nawet cukiernie. Widać, że świat próbuje się pomału odbudować. Szkoda, że tam na zewnątrz, na pustyni się znaczy, jest tak jak jest.
Dochodzę do knajpy o wdzięcznej nazwie „Atomowa Gorzała”. W ramach wyjaśnienia, to nie ja wybierałem lokal.
 
 
Over 



Dołączył: 24 Lut 2009
Posty: 27133
Skąd: z Górnego Śląska
Wysłany: 2010-10-16, 17:03   

Będzie wątek erotyczny :?: ;-)
_________________
- Jak nie możesz przyjść do siebie, to przyjdź do nas ^^
 
 
Ernesto Che GO 



Dołączył: 25 Lut 2009
Posty: 24584
Skąd: Autonomia Śląska
Wysłany: 2010-10-16, 18:23   

Esq napisał/a:
Jest tego znacznie więcej :-)


To ja poczekam na całość. :mrgreen:
_________________
Im jestem starszy, tym byłem kiedyś lepszy.
 
 
Esq 



Dołączył: 15 Lip 2009
Posty: 158
Skąd: Gdańsk
Wysłany: 2010-10-17, 17:27   

+ 4 miesiące

Znalazłem Knykcia i sprawy się niestety trochę skomplikowały. Zacznijmy jednak od początku, zacznijmy od tego, że obcięli mi żołd, a i od tego, że Natasza już mnie powoli irytuje. „Gdzie byłeś wczoraj wieczorem?”; „Jak ty wyglądasz?” i nie wystarczały już wyjaśnienia, że mieliśmy nocne ćwiczenia z kamuflowania się na terenie bagnistym. Druga sprawa to przysłowiowy żołd. Jak ja mam wyżyć za dwieście pięćdziesiąt śmierdzących rubli? Wyjaśniają, że większość idzie na opłaty medyczne, na odbudowę narodu i na front zachodni, ale ja nie wierzę. Wykłócam się z przełożonym, ale on rozkłada tylko ręce i mówi, że jak coś mi nie pasuje to mogę wrócić do M1 z widokiem na kraty. Wychodzę oburzony z jego gabinetu, ledwo powstrzymując się od trzaśnięcia drzwiami. Ręce mi się trzęsą, szczęka drga dziwnie. Mówiąc wprost jestem mocno wnerwiony na otaczający mnie świat. Szkoda, że Knykcia tu nie ma, on wiedziałby co teraz zrobić. Pewnie wyrżnąłby sam jeden całe miasto zbierając po drodze palce ofiar, a na koniec przyłożyłby lufę pistoletu do czoła tłuściocha i zażądał premii. To niestety tylko marzenia, Knykieć gdzieś przepadł i pewnie już nie wróci. Pogrążony w smętnych myślach potrącam osobistą asystentkę grubasa, oczywiście wszystkie papiery jakie trzymała kobiecina upadają na ziemię. Przez te kilka miesięcy nauczyłem się co nieco o kulturze, więc pomogłem jej. Zbierając dokumenty przeglądam niektóre nagłówki, nic ciekawego tam niema. Ot jakieś dziwne bilanse, nie bilanse. Przeskakuje spojrzeniem z jednego papieru na drugi, aż tu nagle mój wzrok pada na żółtą kopertę opatrzoną stemplem. I tak nie mam nic do stracenia, więc sprawdzam czy asystentka nie patrzy i szybkim ruchem zawodowego szachisty wsadzam zdobycz do kieszeni.
Na dworze jest duszno, pewnie pył zszedł niżej i teraz z trudnością się przez to oddycha. Wyjmuję zza pasa czarno-białą arafatkę i przewiązuje sobie wokół szyi, tworząc swoistą zaporę ogniową dla pogarszających się warunków pogodowych. Gdzieś tak w połowie drogi przypominam sobie o liście. Pogoda na szczęście się poprawiła, więc sięgam do kieszeni po moją zdobycz. Zrywam zabezpieczeniei wyjmuję kartkę z koperty. Przesuwam spojrzeniem po cyrylicy, nauczyłem się tego dziwnego języka od swojego dowódcy. W wiadomości są wypisane wszystkie dane więźniów zamkniętych w północnej baszcie. Jedno imię mnie zainteresowało. Jakiś Borys Topolow ma nieźle przerąbane. Zdrada wobec ojczyzny i kolaborowanie z wrogiem, są tylko wierzchołkiem góry lodowej listy oskarżeń. Przełożeni aresztu mają z Borysem spore problem, chyba trochę rozszerzę zakres mojej wycieczki o miejskie mury.
Idę wąską uliczką wzdłuż fortyfikacji. Co jakiś czas mijam posterunki strażnicze, gdzie co chwila proszą mnie o ukazanie legitymacji służbowej. Po mojej lewej stronie są jakieś stare kamienice. Nie zazdroszczę osobom w nim mieszkającym. Okna wychodzą wprost na szare mury, a raz na jakiś czas przejeżdża pewnie klekocząca furgonetka. Mijam drugą, może trzecią bramę. Już widzę basztę, jest na wprost mnie, jeszcze tylko kilka minut drogi przede mną. Żołnierze radzieccy zerkają na mnie krzywo z ukosa, nie lubią Polaków. Ja osobiście odwzajemniam ich uczucia. Dochodzę do wrót wieży, uderzam parę razy w żelazne drzwi. Na proste pytanie, „Czego?” odpowiadam z nieskrywaną pogardą, że jestem w sprawie więźnia Borysa Topolowa, i że Grubas mnie przysyła. Dla lepszego efektu przykładam do judasza w drzwiach list z nazwiskami więźniów. Słyszę jak ciężkie rygle ustępują, po chwili drzwi się otwierają. Za nimi stoi jakiś dziwny okularnik, nie za duży, ale też nie za mały. Przyglądamy się sobie nawzajem z coraz bardziej rosnącą niechęcią. Nagle okularnik ustępuje, odsuwa się od wejścia tak żebym mógł przejść. W środku jest ciemno i ponuro, mimo że baszta pnie się w górę to droga schodami prowadzi w dół. Okularnik siada przy swoim kanciastym biurku i zaczyna czytać gazetę, popijając coś przy tym od czasu do czasu. Siorbał tak głośno, że przez dłuższy czas kiedy schodziłem schodami to go słyszałem. Stanąłem wreszcie na płaskiej powierzchni posadzki prowadzącej wzdłuż cel. Zacząłem iść przed siebie, zaglądając do każdego pomieszczenia z czystej ciekawości co też tam może się kryć. Większość zakratowanych pokoi była pusta, co mnie zdziwiło, a przecież na liście widniało ze trzydzieści nazwisk. Tylko w ostatniej siedział, no właśnie i tu jest problem. Knykieć grał jak niby nigdy nic w karty z jakimś czarnoskórym łachmaniarzem, podszedłem bliżej żeby się przyjrzeć kto wygrywa. Skończyli po piętnastu minutach. W tym czasie zdążyłem swojej przyszłości.
Oboje się zdziwili kiedy mnie zobaczyli. Otwieram zakratowane drzwi i wypuszczam ich. Knykieć jest bez swojej chusty, więc kiedy mówię mu, że uciekamy to widzę jak kąciki jego ust podnoszą się lekko. czuję się jak bohater ratujący przyjaciela z opresji, nawet moje ciało przyjmuje taką postawę. Wypinam dumnie pierś i wciągam brzuch najbardziej jak się da. Nic mi nie może przerwać teraz tej chwili zadumy, no może jedna malutka rzecz. Łachmaniarz pyta się łamaną polszczyzną jaki mam plan. spoglądam na niego spode łba. Ciemna skórzana kurtka, błękitne spodnie pocerowane tu i tam szarą szmatą. Kim on do cholery jest? Knykieć mówi, że to przyjaciel, że idzie z nami bo wisi mu dwieście dolców. Myślę sobie, że to może być ten Topolew, lecz po chwili uświadamiam sobie, że przecież im dalej na wschód tym mniej czarnych. zapytam się później Knykcia co wie o tym Borysie, a na razie trzeba się stąd wydostać. Idę pierwszy, wchodzę wolno po schodach w rękach trzymając rewolwer kalibru czterdzieści cztery, który zwędziłem z poligonu. Dla wyjaśnienia żołnierzom poza służbą nie można mieć broni przy sobie. Wychodzę na właściwe piętro, okularnik wstaje zza biurka, po czym zastyga bez ruchu. Patrzy się to na mnie to na wycelowaną w swoją stronę lufę. Targają mną mieszane uczucia. Nie wiem czy zastrzelić niewinnego, czy go ogłuszyć. Po niedługim czasie moje naturalne instynkty wygrywają. Trzymając spluwę pewnie w obu dłoniach. Próbuję zgrać muszkę i szczerbinkę, co jest dla mnie trudne przy takich małych gabarytach broni. Po chwili naciskam spust i słyszę tylko głuchy szczęk, próbuję jeszcze raz, znów nic. Co to ma kurwa być? Rosyjska ruletka? W przypływie furii spowodowanej tym, że nic ostatnio mi się nie udaje naciskam spust jeszcze cztery razy. Ciągle to samo, czyli wielkie nic. Myślę sobie, że broń owszem i ukradłem, ale niestety amunicje złożyłem do depozytu. Okularnik widząc, że z jego śmierci nic dzisiaj nie będzie, rzuca się w stronę włącznika alarmu znajdującego się na ścianie za nim. Oblewam się natychmiast potem. Próbuję coś wymyśleć. W głowie mam tysiące myśli, od efektownego pościgu po powiedzenie, że to był tylko test, i że on zdał go na szóstkę. W ostatnim akcie rozpaczy rzucam rewolwerem w stronę uciekającego i trafiam go w tył głowy. Chłopak zemdlał na miejscu. Do pomieszczenia wbiegają murzyn i Knykieć zdenerwowani tym, że zabijanie jednej osoby szło mi tak długo. Czarny szybko ogarnia gablotkę z bronią, wiszącą niedaleko wejścia. W środku są cztery Karabiny SWT i trochę magazynków. Wychodzimy z baszty. Robi się coraz chłodniej, trzeba znaleźć jakiś pojazd. Knykieć mówi mi, że Amerykanin zna się na kradzieżach aut. Nikt z wrogich żołnierzy nie robi sobie nic z trzech uzbrojonych mężczyzn, pewnie nie chce im się ruszać ze swoich ciepłych posterunków. Znajdujemy niedaleko wieży jakąś starą furgonetkę i się do niej pakujemy. Knykieć idzie na tyły, czarny wsiada za kierownicę a ja obok niego. Amerykaniec od razu zaczyna grzebać coś w kablach, a ja oglądam lusterka czy przypadkiem nikt nas nie zachodzi. Nagle słyszę głos silnika. Serce mi szybciej bije, może się udać. Mówię czarnemu żeby jechał, on tylko się uśmiecha szczerząc białe zęby. Mówi że on jest tylko od mechaniki, i że nie potrafi prowadzić. W tym momencie krew mnie zalała, co mamy robić? Po krótkiej naradzie z Knykciem, dajemy Amerykaninowi dziesięć sekund na nauczenie się zasad drogowych w innym razie może wracać do celi.
Takiego czegoś to miasto jeszcze nie widziało. Sam nie wiem, czy dlatego nas nikt nie ścigał ponieważ wszyscy byli tak zdziwieni, czy dlatego że było tak zimno. Mówiąc inaczej, jechaliśmy slalomem, kosiliśmy wszystko na chodniku i ogólnie wszędzie. Czarny chyba miał coś do żołnierzy radzieckich, bo próbował wszystkich rozjeżdżać. Nagle skręcamy w stronę bramy, omijamy ostatni posterunek, wyjeżdżamy zza mury i jesteśmy wolni. No, do tego czasu póki nie wyślą pościgu. Co z Nataszą? Jak kocha to poczeka.
 
 
Enigma 



Dołączyła: 09 Mar 2009
Posty: 23895
Skąd: Los Vatos Locos
Wysłany: 2010-10-25, 19:19   

To koniec :?:
_________________
Nigdy nie jest za późno, aby zostać tym, kim chcieliśmy zostać.
 
 
Esq 



Dołączył: 15 Lip 2009
Posty: 158
Skąd: Gdańsk
Wysłany: 2010-10-29, 19:44   

Ni, po prostu miałem format i muszędalej pisać od nowa.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group